Mięso upchnięte w WC – kuchenna strona wojny podwodnej Hitlera

2020-01-16

Mięso, warzywa (głównie kartofle), chleb i owoce – to podstawowe składniki żywienia podwodników na hitlerowskich U-Bootach podczas 2 wojny światowej. 

O ile wyruszające w długie rejsy niemieckie U-Booty były znakomitymi maszynami do zabijania to wygoda ich załogi nigdy nie była priorytetem ich projektantów. 

Okręty podwodne typu VII, konie robocze niemieckiej marynarki wojennej Kriegsmarine, zbudowane w ilości ponad 700 sztuk, na oceaniczne jednostki były zbyt małe. Nie było w nich miejsca nawet na spiżarnię, nie mówiąc o lodówkach. Tymczasem na około półtoramiesięczny oceaniczny patrol dla pół setki załogi okręt taki ładował aż 12,5 tony jedzenia – z czego 2 180 kg to konserwy mięsne, 108 kg kiełbasy, 1 750 kg ziemniaki, 151 kg ryby – wylicza książka „U-Boot. Życie codzienne na niemieckim okręcie podwodnym w czasie II wojny światowej”. 

Niemieckie U-Booty działały głównie na Atlantyku

Zapasy żywności wciskano wszędzie. Dosłownie. Między torpedy, nad głowami, pod stoliki i do… ubikacji. Brak okrętowej spiżarni powodował, że jedną z dwóch ubikacji okrętu zamieniano na tymczasowy magazynek. Zapasy jedzenia zastawiały sedes i resztę pomieszczenia. 

Ubikacja na niemieckim okręcie podwodnym typu VII (grafika: James Steakley)

Szynki, kiełbasy oraz chleb wieszano pomiędzy przednimi wyrzutniami torped, a także nad głowami. Miało to opóźnić ich psucie, które w warunkach zamkniętego okrętu podwodnego było pewnikiem. 

O ile w pierwszych miesiącach wojny niemieccy podwodniacy mogli w czasie rejsu urozmaicać jedzenie zaopatrując się na wodzie u rybaków, przejąć świeże pożywienie z wrogiego statku przed jego zatopieniem lub nawet łowić ryby to wraz coraz skuteczniejszym tropieniem przez Aliantów ten „luksus” zanikł. 

Przez pierwsze dni rejsu spożywano produkty świeże. Potem już był tylko gorzej. Zostawały tylko produkty o dłuższym okresie przydatności do spożycia. No i konserwy. A te czasem pękały w wyniki zmiany ciśnień. Czasem były źle zapakowane lub zaetykietowane – przez co załoga jadła całymi dniami np. salceson.

Wie pan, jak śmierdzi wnętrze U-Boota? Olej, ropa, farba, pleśń i mocz.” – wspominał w książce „Wilk na Atlantyku” Otto Kretschmer, dowódca U-99 – jeden z najskuteczniejszych dowódców w Kriegsmarine o przydomku „Król tonażu”.

Z WC korzystać można było tylko na małej głębokości. Głębiej potrzeby fizjologiczne załatwiano do wiaderek opróżnianych podczas wynurzenia. 

Do tego dochodził zapach perfum. Usiłując zabić nimi nieprzyjemny zapach lano ich całe flakony na spocone i niezbyt często myte ciała. Były jeszcze trujące opary chloru – w razie uszkodzenia lub zalania baterii napędu elektrycznego okrętu.

Dobry kucharz potrafiący wyczarować smaczną potrawę z takich produktów i w tych warunkach był wart wiele. Jego praca nie była łatwa. Pracował w miniaturowym kambuzie gotując na małych elektrycznych palnikach dla załogi na kilku wachtach.

Kuchnia U-Boota typu VII (grafika: James Steakley)

Mimo, że załogi okrętów podwodnych dostawały najlepszy w Kriegsmarine prowiant to z czasem także im przydzielano Bratling – substytut mięsa na bazie soi. Sprawiał on, że jedzenie stało się jeszcze bardziej nijakie. Gdy rejs się przedłużał racje żywnościowe były nawet obcinane. 

Dopiero w U-Botach typu XXI budowanych pod koniec wojny znalazła się lodówka, klimatyzacja i porządny system filtrowania powietrza. Spiżarnia, chłodnia i lodówka znajdowały się pod kambuzem. Do zapasów schodziło się zejściówką, niczym do piwnicy.